sobota, 15 sierpnia 2015

Naprotechnologia naprawdę leczy - artykuł Joanny Bątkiewicz-Brożek


Naprotechnologia naprawdę leczy

Światowa Organizacja Zdrowia określiła ją jako „medyczno-kliniczną metodę leczenia niepłodności”. NaProTechnologia to ekologiczna amerykańska gałąź medycyny. Co tak naprawdę kryje się pod tym szyldem? Czym różni się to leczenie i diagnostyka od ginekologii?

Wokół naprotechnologii urosło wiele mitów. Jedni wrzucają ją do „kościółkowych metod planownia rodziny”, inni, nie wiadomo czemu, uważają, że to ziołolecznictwo, a jeszcze inni – niestety także ginekolodzy – twierdzą, że to stara metoda, której używają na co dzień, tylko tak jej nie nazywają (sama słyszałam to od lekarza). Nic bardziej mylnego.

Naprotechnologia jest nową potężną gałęzią medycyny rozrodu. Jej ojcem jest prof. Thomas Hilgers, chirurg i ginekolog z Omaha w stanie Nebraska. NaProTECHNOLOGY® (taka jest właściwa pisownia), czyli Natural Procreative Technology, a w języku polskim Wsparcie Naturalnej Prokreacji (WNP), to marka, do której prawa ma amerykański lekarz i założony przez niego za oceanem pod koniec lat 60. Instytut Pawła VI. Nazwą mogą posługiwać się wyłącznie ośrodki, przychodnie i szpitale oraz lekarze i instruktorzy, którzy postępują ściśle według wytycznych Hilgersa (obok podajemy odnośnik do listy takich placówek w Polsce). Muszą oni przejść szkolenia i zdać egzaminy. Potem otrzymują certyfikat i akredytację Amerykańskiej Akademii Profesjonalistów Ochrony Płodności (organizacja zawodowa założona także przez Hilgersa). To pozwala utrzymać wysoki poziom i skuteczność naprotechnologii i czuwać nad jej dobrą marką.

NaPro to dokładna i dobra diagnostyka i skuteczne leczenie chorych narządów rodnych kobiety i mężczyzny. NaPro ma do tego własne narzędzia: model Creightona, czyli obserwację tzw. biomarkerów płodności w cyklu miesiączkowym, oraz wypracowane metody w chirurgii ginekologicznej, ginekologii oraz endokrynologii. Instruktor i lekarz, którzy pracują z parą małżeńską (nie tylko z samą kobietą), szukają przyczyn braku upragnionego dziecka pod różnymi aspektami. Biorą pod uwagę także tryb życia, stopień nasilenia stresu, kondycję psychiczną, zwyczaje żywieniowe pary – wszystko to, co przeważnie lekceważy się lub na co nie ma czasu w zwykłych gabinetach ginekologicznych, a co ma wpływ na płodność. NaPro to aspekty duchowy, fizyczny, intelektualny, komunikacyjny i emocjonalny relacji małżeńskiej. Ta metoda szanuje życie ludzkie od jego poczęcia oraz akt małżeński i zawsze scala małżeństwo. Ale NaPro to nie tylko medycyna, która pomaga począć dzieci. Czuwa też, by urodzić je w odpowiednim czasie (z in vitro rodzi się sporo wcześniaków).

Ma też taki aspekt, o którym w ogóle się nie mówi. Może być bowiem stosowana przez kobiety od okresu dojrzewania aż po menopauzę. To system tzw. wczesnego ostrzegania przed problemami zdrowotnymi. A często też wykrywania już istniejących poważnych schorzeń, nawet nowotworów. Naprotechnologia jest metodą, która wymaga cierpliwości i czasu. Ale jeśli stawką jest nowe życie i zdrowie kobiety, to warto zainwestować (przy czym kosztuje niewspółmiernie mniej niż program in vitro). Na czym więc to wszystko polega?

Model Creightona – baza

Do poradni naprotechnologii zgłasza się para. Nie mogą począć dziecka od przynajmniej dwóch lat. I co? Trafiają do instruktora. Nie musi być lekarzem. Najpierw omawia z parą anatomię narządów rodnych, wyjaśnia, jak funkcjonuje biologia rozrodu. To element ważny i nie zawsze oczywisty. Tłumaczy, na czym polega model Creightona, czyli baza naprotechnologii. To także patent Hilgersa. Nazwę zaczerpnął on od Creighton University w Omaha (uczelnia należy do Towarzystwa Jezusowego). Hilgers w latach 1976 –1980 zbadał tam trzy tysiące kobiet. Nauczył je obserwować cykle miesięczne, wzorując się na metodzie Billingsów (system obserwacji śluzu wymyślony przez brytyjskie małżeństwo służy planowaniu rodziny; Hilgers go udoskonalił). Tak powstała największa na świecie baza danych dotyczących owulacji. Na jej podstawie zespół Hilgersa określił najczęstsze przyczyny niepłodności i wskazał błędy przy ich wykrywaniu. – Dostrzegliśmy ogromną liczbę kobiet z niepłodnością, z samoistnymi poronieniami, z długimi i nieregularnymi cyklami, nawracającymi torbielami jajników – mówi Hilgers w rozmowie rzece Tomaszowi Terlikowskiemu.

Przez 15 kolejnych lat Hilgers z zespołem badał przyczyny tych dolegliwości. Wszystko opisał w swoim 1250-stronicowym podręczniku. To jest podstawa do pracy z małżeństwem. Lekarz, instruktor, który nie zna podręcznika, tzw. biblii Hilgersa, nie może pracować pod szyldem naprotechnologii.

Model Creightona jest dla zgłaszających się do poradni małżeństw niczym odprawa na lotnisku, bez której nie wejdą do samolotu w rejsie po dziecko. Obserwacja według wytycznych Hilgersa na tym etapie pozwala wykryć także schorzenia. Wtedy małżonkowie przechodzą do dalszego leczenia u ginekologa albo chirurga.

Ale według badań Instytutu Pawła VI, aż 90 proc. poczęć u par długo starających się o potomstwo jest wynikiem pracy tylko według modelu Creightona. Przygniatająca większość kobiet nie musi więc nawet trafić do ginekologa (dopiero kiedy pocznie się dziecko), nie musi być poddana żadnej farmakologicznej terapii (w programie in vitro np. bez agresywnej dawki hormonów nikt nie ruszy z miejsca; przy czym polega ona na tym, że przez krótki czas kobieta musi sama szprycować się zastrzykami w brzuch, nawet do 50 nakłuć w ciągu dwóch tygodni).

Przy modelu Creightona małżonkowie pracują z instruktorem przez kolejnych sześć miesięcy. Pacjentka dostaje specjalną kartę, gdzie będzie nanosić za pomocą nalepek i symboli oraz kolorów obserwacje z kolejnych cykli. Wykresy i system obrazkowy – instruktor szybko nauczy, jak je stosować – pomagają mężczyźnie, kobiecie i ich lekarzowi mówić jednym językiem. Nie ma takiej kobiety, która nie mogłaby prowadzić obserwacji za pomocą modelu Creightona. – Uczyliśmy jej osoby niepełnosprawne, niewidome, kobiety o różnych cyklach. Obserwacje można prowadzić w ciąży i w czasie karmienia piersią – mówi Hilgers w „Nadziei na dziecko”. Już po trzech cyklach obserwacji instruktor może odczytać czy kobieta ma wysokie ryzyko niepłodności i poronień. Wtedy pacjentka musi już trafić do lekarza.

Pod skrzydłami lekarza

W gabinecie ginekolog odczytuje biomarkery z karty sporządzonej według modelu Creightona. Już na ich podstawie może stwierdzić, czy coś złego dzieje się w macicy, że są tam np. polipy, mięśniaki, zrosty, które trzeba będzie usunąć, bo mogą być jedną z przeszkód dla płodności.

Lekarz zleca też szczegółowe badania. Zaczyna standardowo od usg, badań krwi i hormonalnych. Ale często musi wykonać tzw. laparoskopię bliskiego kontaktu. To kolejny pomysł Hilgersa. Chodzi o długie i wnikliwe badanie i oglądanie każdego zakamarka miednicy. Czasami potrzebna jest interwencja chirurga.
– W wielu przypadkach wystarczy podać odpowiedni antybiotyk i pacjentka wraca do płodności – mówił mi prof. Hilgers. – Przyjechała do mnie pacjentka, rozregulowana hormonalnie, wyniszczona. Wydała 20 tys. dolarów, nie ma dziecka. Wykryliśmy u niej endometriozę, u męża złą jakość spermy. Poprawiliśmy jakość nasienia, podając hormony mężczyźnie, i wykonaliśmy zabieg laparoskopem u kobiety. Kobieta zaszła w ciążę – opowiadał.

Ale w niektórych przypadkach trzeba trafić na stół operacyjny. I tu kolejna odsłona naprotechnologii. Już ta ściśle zabiegowa, kliniczna. NaPro łączy bowiem naukę o prokreacji z technologią medyczną laserów, mikrochirurgią, a nawet z chirurgią za pomocą robotów. Prof. Hilgers operuje wysokiej klasy robotem Da Vinci, w Polsce są tylko dwa takie. Naprotechnologia stosuje metody chirurgiczne, jak histeroskopia, laparoskopia, laparotomia oraz techniki laserowe, jak waporyzacja laserowa ognisk endometriozy czy chirurgiczna rekonstrukcja jajowodów itd. Celowo używam tu tylu medycznych nazw, by pokazać, jak bardzo wymyślona przez amerykańskiego lekarza metoda diagnostyki płodności jest częścią medycyny. I to tej z najwyższej półki.

Ale czym różni się chirurgia stosowana przez naprotechnologów od zwykłej chirurgii ginekologicznej? Różnic jest sporo. Po każdej operacji do 10 dni powstają zwykle zrosty. Cała filozofia w tym, by do nich nie dopuścić, bo to one także wpływają negatywnie na płodność. Dlatego prof. Hilgers zaleca stosowanie specjalnych nici i chust chirurgicznych, gdyż te zwykłe właśnie wywołują podrażnienia i skutkują zrostami. I jeśli lekarz będzie operował macicę, by wyleczyć endometriozę, a nie zapobiegnie zrostom, to cały wysiłek na nic. W tradycyjnej chirurgii, np. kiedy usuwa się torbiele, zostawia się pustą przestrzeń w otrzewnej. W naprotechnologii przeszkolony lekarz wie, że musi tę przestrzeń wypełnić, odpowiednią nicią pod odpowiednim kątem zaszyć krawędzie w otrzewnej. Hilgers zaleca też stosowanie częściej laserów, kładzie nacisk na mikronarzędzia i precyzyjne operowanie. Podaje też pacjentkom leki oraz niektórym zakłada tzw. teflonowy kocyk, przykrywa nim całkowicie macicę i jajniki. Po 10 dniach usuwa go, ale ma pewność, że zrostów nie będzie. Niepłodność nie wróci.

Zastosowanie metod mikrochirurgii rozwiniętych przez Hilgersa sprawia, że wyniki leczenia są imponujące. Na przykład przy eliminacji zrostów okołojajowodowych są dwukrotnie wyższe – sięgają tu 58 proc. (badania Instytutu Pawła VI z 2004 r.). Dla porównania wyniki procedury in vitro w przypadku niedrożności jajowodów według United States Department of Health and Human Services to tylko 27,5 proc. żywych urodzeń.

Jeśli chodzi np. o endometriozę, wyniki Instytutu Pawła VI z 2004 r. wskazują skuteczność jej leczenia na poziomie 78 proc., przy obserwacji prowadzonej do 36 miesięcy po zabiegu operacyjnym. Tymczasem np. lekarze w programie in vitro twierdzą, że w przypadkach endometrioz III stopnia wyleczenie jest niemożliwe…

Stawką jest życie

Naprotechnologia jest też dla mężczyzn. Oni także są diagnozowani, leczeni i nierzadko trafiają pod skalpel. Kiedy lekarz zdiagnozuje np. żylaki powrózka – usuwa się je lub leczy. Niską ruchliwość plemników reguluje się odpowiednią dietą albo lekami. Przy czym nasienie od mężczyzn do badania pobiera się tu nie drogą masturbacji pacjenta, ale przez specjalny zbiorniczek, który para zakłada w czasie stosunku. Nie jest to antykoncepcja, bo pojemniczek, czy też osłonka jest specjalnie perforowana. Co więcej najlepsze wyniki pochodzą z pobrań właśnie wtedy, a nie po oddaniu nasienia po masturbacji. Jedynym przypadkiem, gdzie naprotechnologia nie może nic zrobić, jest całkowity brak plemników u mężczyzny. Ale z tym nie poradzi sobie także i program in vitro. Chyba że zastosuje u kobiety materiał genetyczny od obcego dawcy…

Dzięki NaPro poczęło się w świecie miliony dzieci, także u par, które przeszły nieskutecznie kilka prób in vitro. Co druga para leczona naprotechnologicznie zajdzie w ciążę i będzie mogła sprowadzić na świat naturalnie kolejne dzieci. Przy in vitro tylko co trzecia para może począć dziecko, ale niekoniecznie je urodzić. Istotny jest tutaj sposób liczenia skuteczności: w naprotechnologii podajemy, ile dzieci się urodziło, a nie procent poczęć, jak podaje się w statystykach in vitro. Jeśli oficjalnie mówi się o 4 mln poczętych w in vitro w skali świata, to prosty rachunek mówi, że dzięki naprotechnologii urodziło się co najmniej 5,5 mln maluchów, a szacuje się, że nawet do 15 mln. Kłopot z dokładnymi liczbami jest tu m.in. podyktowany tym, że większości par wystarczy kilka spotkań z instruktorem i praca z modelem Creightona, a kiedy pocznie się dziecko, rzadko wracają go o tym powiadomić.

NaPro ma też i sporo innych zalet. Jak choćby zapobieganie wcześniactwu. Hilgers wyjaśnia Terlikowskiemu: „W skali Stanów Zjednoczonych ponad 12 proc. to dzieci przedwcześnie urodzone. (…) W naszym Instytucie odsetek wcześniaków wynosi 7 proc., z czego tylko 1,3 proc. to porody bardzo wczesne, przed 34. tygodniem ciąży”.

Naprotechnologia to nie tylko medycyna. Ona ma swoją duchowość, obejmuje całego człowieka. Hilgers: „Ludzie mówią nam, że dzięki tej metodzie zbliżyli się do Kościoła. Naprotechnologia to wspaniałe narzędzie ewangelizacyjne”.

Ważne jest tu podejście do pacjenta. „Dziecko ma być owocem miłości, a nie ciężkiej pracy” – mówią przyszłym rodzicom naprotechnolodzy. Ma się począć w intymnych warunkach, w czasie aktu małżeńskiego, a nie rękami technika laboranta pod mikroskopem i bez obecności rodziców. Dlatego w gabinetach instruktorzy podkreślają, by nie żyć tylko według wykresów, by nie zmuszać się do współżycia nawet jeśli wskazuje na to wykres, czy godzina płodności.

Naprotechnologia zakłada mentalność wolności. Nie ma tu też ani mrożenia dzieci, ani wylewania ludzkich embrionów do zlewu, ani zagrożenia dla zdrowia matki i dzieci. Nie ma elementów z pogranicza pornografii – bo takim jest kilkakrotne oddawanie spermy przez mężczyzn otoczonych odpowiednimi pisemkami w klinikach in vitro. Naprotechnologia to synonim także szacunku dla godności człowieka – poczętego i jego rodziców.

W cytowanej tu książce prof. Hilgers mówi, że jest dla niego „czymś szczególnym widok radości na twarzach mężczyzn i kobiet, kiedy dowiadują się że zostali rodzicami”. Tomasz Terlikowski, niczym advocatus diaboli, dodaje, że przecież to samo mówią wykonujący in vitro lekarze. „Ale to nie to samo – odpowiada amerykański lekarz. – Obydwie panie, które są w ciąży, mogą wyglądać na szczęśliwe, ale trzeba odróżnić radość i zadowolenie od szczęścia. Naprotechnologia daje szczęście”.

Gdzie leczyć niepłodność?

Pierwsza w Polsce klinika naprotechnologii powstała w Białymstoku. NaProMedicę założył w styczniu 2009 r. dr Tadeusz Wasilewski, ginekolog położnik, który przez dwadzieścia lat pracował w programie in vitro. Przeżył jednak nawrócenie. W zespole Wasilewskiego pracują specjaliści położnictwa i ginekologii, specjaliści – instruktorzy modelu Creightona, pedagodzy, dietetycy i alergolodzy. „W codziennej pracy realizujemy testament wielkiego Polaka, błogosławionego Jana Pawła II: „Szanuj, broń, miłuj życie i służ życiu – każdemu życiu ludzkiemu” – piszą na stronie www.napromedica.pl

Kolejną placówką była Przychodnia Macierzyństwo i Życie dr. Macieja Barczentewicza w Lublinie. Powstała rok później. Współpracuje z Uniwersytetem Stanu Utah oraz z Instytutem Leczenia Niepłodności im Jana Pawła II.  (www.macierzynstwoizycie.pl)

Kolejne placówki wyrosły w Warszawie – tu najprężniej działa Instytut Rodziny. Oprócz instruktorów i lekarzy specjalistów ginekologów naprotechnologów zatrudnia też konsultantów laktacyjnych. (www.instytut-rodziny.pl)

W całej Polsce jest kilkadziesiąt ośrodków, które zajmują się NaProTechnologią. Adresy i telefony do nich można znaleźć na stronach Ogólnopolskiego Centrum Troski o Płodność pod adresem www.fccp.pl. Są tu też szczegóły dotyczące naprotechnologii oraz kontakty do instruktorów i lekarzy, którzy mają akredytacje ośrodka amerykańskiego prof. Thomasa Hilgersa.

Dlaczego państwo nie płaci za naprotechnologię?

 Jak się okazuje, dofinansowanie naprotechnologii w Polsce to poważny i trudny do rozwiązania problem. O pieniądze na leczenie niepłodności tą metodą stara się kilka województw. Jak dotąd bezskutecznie. Ciekawe, że podobnych kłopotów nie było przy programie in vitro. Niestety argumenty, jakie wysuwa i NFZ i instytucje działające pod egidą Ministerstwa Zdrowia, świadczą o tym, że w grę wchodzą nie sprawy merytoryczne, a ideologiczne.

Na przykład od dawna o pieniądze na naprotechnologię walczy Częstochowa. W budżecie miasta na 2015 rok jest już nawet zamrożonych 80 tys. zł na ten cel. W ramach inicjatywy obywatelskiej wnioskowali o to mieszkańcy. Program leczenia przygotowała dr Daria Mikuła-Wesołowska, certyfikowany naprotechnolog. Pieniądze są, chęć samorządowców i gotowość lekarzy oraz instruktorów NaPro też jest. I dziesiątki już czekających w kolejce par małżeńskich. W czym zatem problem? Tamę postawiła Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Instytucja ta działa przy Ministerstwie Zdrowia i zatwierdza programy zdrowotne oraz leki wchodzące na rynek w Polsce. Agencja stwierdziła, że leki oraz badania zawarte w programie NaPro są już refundowane przez NFZ i nie może dojść do podwójnego finansowania. NFZ twierdzi, że wszystko, czego chcą naprotechnolodzy, jest już w koszyku świadczeń. To prawda. Ale cały szkopuł w tym, że pacjentki leczone tą metodą potrzebują przykładowo kilkuset złotych jednorazowo, a nie, jak to się zwykle dzieje, wydzielania po kilkadziesiąt złotych z puli na miesiąc. To nie ma tu sensu. Zresztą czemu tego problemu Agencja nie widziała, dając zielone światło dla programu in vitro w tym samym mieście? Czy przy in vitro nie dochodzi do podwójnego finansowania? Przecież i tu pacjentki muszą przejść przez badania hormonalne, zapłacić za wizyty i za usg. A to jest w koszyku świadczeń.

Miasto Częstochowa jest gotowe przeznaczyć po 3 tys. zł na parę, w tym: na naukę Modelu Creightona (do 120 zł za wizytę), zakup preparatów przeciwzrostowych (do 600 zł), badanie nasienia (do 100 zł), spotkania z dietetykiem (do 150 zł za wizytę), wizyty u psychologa (do 100 zł) oraz refundację leków (maksymalnie do 1000 zł). Swoją drogą nie znajduję w koszyku NFZ refundacji nauki modelu Creightona na przykład…

O dofinansowanie naprotechnologii stara się też województwo mazowieckie. Z inicjatywy Prawicy Rzeczpospolitej sejmik przyjął uchwałę o przygotowaniu „Programu wsparcia leczenia niepłodności metodą Naprotechnologii”. Obawiam się, że powtórzy się tu kazus Częstochowy. Będziemy to śledzić.

Zgodę na dofinansowanie leczenia metodą naprotechnologii uzyskało za to woj. podkarpackie. Wnioskował o to zarząd województwa w 2014 roku. Jak poinformował mnie przewodniczący tamtejszego sejmiku, Bogdan Romaniuk, projekt zyskał akceptację jednogłośnie. Władze przeznaczyły na program 200 tys. zł na trzy lata. Jest już długa kolejka par borykających się z bezdzietnością. Pierwsze dziecko poczęte dzięki temu leczeniu jest w drodze. Czy na Podkarpaciu się udało, bo ktoś coś przeoczył, czy byli tak dobrze przygotowani? Ani jedno, ani drugie. Program dla Częstochowy jest napisany według zasad prof. Hilgersa, konsultowali go wybitni specjaliści z medycyny i prawa. Ale zanim Agencja wydała o nim opinię, Ministerstwo Zdrowia zmieniło przepisy dotyczące zadań i kompetencji tej instytucji (a było to po tym, jak Agencja zgodziła się na program podkarpacki). Trudno uwierzyć, że to przypadek…

Zdaniem dr Wesołowskiej, z naprotechnologią w Polsce panuje dziś impas i, niestety, słaba też jest wiedza w tym zakresie. Dopóki nie ulegną zmianie mentalność (wiele osób, w tym politycy, zalicza naprotechnologię do medycyny naturalnej, niekonwencjonalnej, tymczasem jest to program medyczny!) i przepisy, dofinansowanie naprotechnologii może się okazać niemożliwe. Chyba że ktoś w Ministerstwie Zdrowia lub NFZ czy w AOTMiT wykaże dobrą wolę. Bo wydaje się, że tylko tego tu brakuje.

Autor: Joanna Bątkiewicz-Brożek



źródło: http://gosc.pl/doc/2588884.Naprotechnologia-naprawde-leczy

czwartek, 2 lipca 2015

W Polsce przyjęto ostatnio ustawę regulującą kwestie związane z zapłodnieniem pozaustrojowym in vitro. Czym tak naprawdę jest in vitro i jak się odbywa? Czy rzeczywiście daje szansę niepłodnym parom na trwałe wyleczenie i jaką ma skuteczność? Polecam poniższy artykuł dra Tadeusza Wasilewskiego, który zajmował się tą techniką przez 14 lat swojej praktyki lekarskiej i opisuje szczegółowo procedurę in vitro i związane z nią aspekty etyczne.


"In vitro - życie kosztem śmierci"

autor: Tadeusz Wasilewski

   Jest niepodważalnym faktem naukowym, że życie ludzkie zaczyna się w momencie poczęcia. Trzeba pamiętać, że w metodzie in vitro, aby powołać do życia jedno dziecko, niszczy się statystycznie od pięciu do sześciu innych istnień ludzkich.

   Ukończyłem studia w 1984 roku. Zanim zająłem się niepłodnością profesjonalnie, specjalizowałem się w położnictwie i ginekologii. Zrobiłem pierwszy i drugi stopień specjalizacji i w 1993 roku, po kilkuletniej pracy w szpitalu, przeszedłem do pracy w klinice leczenia niepłodności małżeńskiej. To była jedna z pierwszych prywatnych klinik w Polsce, gdzie leczenie niepłodności odbywało się wszystkimi dostępnymi metodami, jakie dzisiaj medycyna rozrodu oferuje małżeństwom, które nie mogą mieć dzieci.
   Ta moja praca trwała do 2007 roku, bo w tymże roku zrozumiałem dzięki działaniu Pana Boga, dzięki miłosierdziu Bożemu, że program in vitro to nie jest metoda, którą się powinniśmy posiłkować. Nie tylko ja, ale w ogóle wszyscy – cała medycyna. Wyszedłem na ulicę, nie wiedząc, co dalej będę ze sobą robił. To nie miało żadnego znaczenia – ja po prostu nie chciałem więcej niszczyć istnień ludzkich, które to niszczenie, niestety, w przebiegu programu in vitro, w metodzie zapłodnienia pozaustrojowego, odbywa się w sposób nieunikniony.
   Szukałem swojego miejsca – i to miejsce znalazłem. Pan Bóg mi pokazywał, codziennie, malutkimi kroczkami, jak mam dojść do tego, aby swoje doświadczenie wykorzystać dalej do pomocy małżeństwom, które cierpią z powodu niepłodności, tylko zupełnie już w innej metodzie – w metodzie, która szanuje każdą istotę ludzką, jej życie i jej godność.

Problem niepłodności

   Powinienem zacząć od omówienia pewnej fizjologicznej prawidłowości. Mianowicie jeżeli małżeństwo, kobieta i mężczyzna, mają po 35 lat lub mniej i starają się o poczęcie dziecka, jeżeli są stuprocentowo zdrowymi ludźmi, to szansa na poczęcie w jednym cyklu miesięcznym kobiety wynosi około 20%. I wg definicji WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) te 20% każe czekać na poczęcie dziecka do roku. Jeżeli przez rok nie następuje ciąża, nie pojawia się nowa istota ludzka, rozpoznajemy niepłodność małżeńską.
   WHO wyszła z założenia, że jesteśmy całkowicie analfabetami, jeżeli chodzi o postrzeganie naszego organizmu, naszej płodności. Bo się okazuje, że jeżeli kobieta umie nadzorować swoją płodność, umie odróżniać w cyklu miesięcznym dni, które są najbardziej odpowiednie dla poczęcia nowego istnienia ludzkiego, no to wtedy szansa rośnie do 30%, czy nawet więcej. I wtedy okres oczekiwania na dziecko na pewno się skraca, nawet do pół roku.
   Niepłodność dzisiaj dotyka co piątą – szóstą parę małżeńską. Szacuje się, że w Polsce do 2 mln ludzi cierpi z powodu niepłodności małżeńskiej. Podobnie jest w każdej społeczności na kuli ziemskiej. Im ta społeczność jest bardziej rozwinięta, bardziej w naszym pojęciu cywilizowana, tym ta niepłodność pojawia się częściej. Nie jest to przypadek. Płacimy za rozwój cywilizacji m.in. tym, że stopień naszej płodności po prostu maleje. Wobec tego niezależnie, czy to jest skutek innych chorób, które istnieją, czy też byśmy o niepłodności mówili jako o chorobie, to jest to tak potężne zjawisko społeczne i rodzinne, że warto o tym mówić. Dlatego narodziła się nauka medyczna, która opowiada o niepłodności, która ją opisuje, znajduje jej przyczyny i sposoby, żeby ją eliminować. Właśnie ta gałąź medycyny nazywa się medycyną rozrodu.
   Ogólnie przyczyny niepłodności można zobrazować w sposób następujący: jeżeli przed nami siada sto małżeństw, dobranych losowo, które mają kłopot z poczęciem dziecka, to najprawdopodobniej u 40 z tych małżeństw znajdziemy przyczynę po stronie kobiety. U 40 z nich przyczyna będzie po stronie mężczyzny, a u 20 z tych stu małżeństw przyczyna będzie tkwiła i po jednej, i po drugiej stronie. Tak bardzo równo rysuje się ten podział.
   Gdybyśmy chcieli uszczegółowić te przyczyny, to trzeba powiedzieć, że czynniki hormonalne stanowią o 20 – 30% całej niepłodności małżeńskiej. Za czynnikami hormonalnymi kryje się przede wszystkim pojęcie kłopotów z jajeczkowaniem, z owulacją. Ale nie tylko. Bo przecież obniżona wartość nasienia męskiego często też może mieć podłoże hormonalne. Następne 20 – 30%, czyli taka sama liczba, to są czynniki mechaniczne, to znaczy: niedrożność jajowodów, obecność zrostów na miednicy mniejszej, czyli tam, gdzie jest usytuowany narząd rodny, jak również endometrioza. Czynnik męski stanowi do 40% całej niepłodności, czynniki immunologiczne natomiast 5% (według mnie nawet więcej). Niepłodność zatem jest konsekwencją „cywilizacji” w postaci chemizacji życia, używania syntetycznych wyrobów, włącznie z pokarmem.
   Poza tym są jeszcze czynniki nierozpoznane, które obejmują 10 – 20% niepłodności. To jest tzw. niepłodność idiopatyczna, czyli taka, której przyczyny lekarze nie mogą znaleźć.

Walka z niepłodnością

   Już wiedząc, czym jest ta niepłodność i jak często występuje, znając przynajmniej z grubsza przyczyny, lekarz zaczyna szukać sposobów, aby tę niepłodność eliminować. Dzisiaj medycyna rozrodu dysponuje trzema formami pomocy. Pierwsza forma polega na tym, że nadzoruje się przebieg cyklu miesięcznego kobiety (poprzez ocenę ultrasonograficzną, poprzez badanie ginekologiczne, poprzez ocenę aktywności hormonów płciowych w organizmie kobiety) w celu wskazania czasu, w którym normalne współżycie małżeńskie ma najwięcej szans doprowadzenia do poczęcia dziecka. Oczywiście cykl miesięczny kobiety można „uzbrajać”, posiłkując się lekami – czyli stymulować jajeczkowanie, dawać leki w drugiej fazie cyklu, już po owulacji, tzw. leki suplementujące tę drugą fazę cyklu. I to jest sposób absolutnie, całkowicie naturalny, przy bardzo dyskretnej pomocy medycyny. Sposób ten jest aprobowany również przez lekarzy naprotechnologów, nie budzi on jakichkolwiek zastrzeżeń etycznych, moralnych. Z tego sposobu wszystkie cierpiące na niepłodność małżeństwa najchętniej by korzystały.
   Jednak medycyna rozrodu idzie dalej. Wykonuje się te wszystkie obserwacje i zabiegi, ale dodatkowo współżycie małżeństwa w zaciszu domowym, w tej intymności, jest zastępowane przez wykonywanie sztucznej inseminacji – czyli przez podawanie nasienia męskiego na szyjkę macicy lub do jamy macicy (inseminacja domaciczna), lub bezpośrednio do jajowodu. Jest oczywiste, że w tym sposobie można używać nasienia męskiego należącego do obcego mężczyzny, nie męża. I medycyna rozrodu tak właśnie postępuje. Dawcą nasienia jest przeważnie mężczyzna do 35. roku życia, który jest „zdrowy” (wszystkich chorób się nie zbada, stąd ten cudzysłów), który ma prawidłową wartość nasienia, który na przykład 3 – 4 razy w miesiącu przychodzi do takiej kliniki parającej się leczeniem niepłodności małżeńskiej, oddaje nasienie, za co dostaje po prostu pieniądze. Ta druga metoda jest już nie przez wszystkich aprobowana i jest na pewno etycznie błędna.
   Kolejna metoda, trzecia, oferowana dzisiaj przez medycynę rozrodu to jest metoda najbardziej kontrowersyjna. Polega ona na zapłodnieniu pozaustrojowym i jest nazywana programem in vitro (IVF ET).

Techniczny przebieg programu in vitro

   Jak przebiega program in vitro? Najpierw jest krótka diagnostyka (trwająca 2 – 3 godziny) w postaci wywiadu, badania ginekologicznego, ultrasonografii, badań hormonów, badania nasienia i pada stwierdzenie: „Należy posiłkować się zapłodnieniem pozaustrojowym, żeby państwu pomóc, bo inaczej pomoc nasza byłaby na pewno nieefektywna”.
   Jestem absolutnie przekonany, że dzisiaj program in vitro jest bardzo mocno nadużywany. W wielu przypadkach medycyna rozrodu wychodzi z założenia, że to nie musi być ciąża uzyskana w sposób naturalny – więc najlepiej zrobić program in vitro i uzyskać efekt w możliwie najkrótszym czasie. I wiele z tych małżeństw, nie mając zielonego pojęcia ani o powodach takiej propozycji, ani o innych możliwościach, po prostu zgadza się na in vitro.
   Co się dzieje dalej? Po badaniu parametrów nasienia lekarze mają wydruk wyniku, nasienie zaś trafia do inkubatora, gdzie jest przetrzymywane w specjalnych warunkach. Po wyrażeniu przez małżonków zgody na program in vitro nasienie to podlega kriokonserwacji, czyli jest zamrażane w temperaturze ciekłego azotu: –193°C. Na tym rola mężczyzny w programie in vitro się skończyła. On może sobie wyjechać na drugi koniec świata i wrócić za dwa lub nawet pięć lat, i usłyszeć gdzieś z drugiego pokoju „mama, czy to prawda, że ten człowiek to mój ojciec?”… Oczywiście w programie in vitro można się posiłkować nasieniem świeżym. Ale bardzo często używane jest to nasienie właśnie, które uległo wcześniej kriokonserwacji.
   Kobieta natomiast przechodzi przez dwa kolejne etapy programu in vitro. Najpierw jest etap farmakologiczny, kiedy kobieta ma codziennie podawane leki mające na celu wystymulowanie w jajnikach wzrostu, dojrzewania pęcherzyków, które są ciągle obserwowane. W konsekwencji powstają pęcherzyki Graafa, czyli takie twory w jajnikach, które zawierają w swoim wnętrzu dojrzałe komórki jajowe. W cyklu naturalnym powstaje jeden pęcherzyk Graafa. W programie in vitro tych pęcherzyków Graafa musi być więcej, bo musi być więcej komórek jajowych. Ten etap farmakologiczny trwa od 10 do 14 dni.
   Drugi etap polega na działaniu manualnym, technicznym. Kiedy lekarz na podstawie badań uzna, że już jest odpowiedni czas, igłą punkcyjną wchodzi przez sklepienie pochwy, pod kontrolą ultrasonografii, do jednego i do drugiego jajnika. Igłą punkcyjną przebija pęcherzyki i pobiera ich zawartość. W laboratorium specjalista wyszukuje w płynach pęcherzykowych komórki jajowe. Zawsze tych komórek powinno być więcej niż jedna, inaczej nie zostanie osiągnięty dobry skutek w programie in vitro. I następnie te komórki jajowe są łączone z plemnikami. Plemniki się rozmraża (część ich zginęła, ale były ich miliony, więc duża część jest żywych, ruchomych) czy też korzysta się ze świeżej porcji nasienia. W klasycznym programie in vitro na płytce szklanej pod mikroskopem w środowisku plemników zatapiało się komórki jajowe. I plemnik spontanicznie trafiał do jednej komórki jajowej, drugi plemnik trafiał do drugiej komórki jajowej - i tak dalej. Było to w jakimś stopniu naśladowanie tego, co się dzieje w naturze. Drugi sposób, nowszy, to są tzw. mikromanipulacje, czyli docytoplazmatyczna iniekcja plemnika do komórki jajowej (w skrócie IXI). To nie jest jakiś nowy program in vitro, tylko to jest pewna czynność, bardziej nowoczesna, w obrębie programu in vitro.
   Następnie te istoty ludzkie, powstałe w wyniku połączenia komórki jajowej z plemnikiem, są w odpowiednim środowisku przenoszone do inkubatorów. Okazuje się, że różnica 0,1ºC w inkubatorze na plus czy na minus prowadzi do śmierci tych zarodków, one się dalej nie rozwijają. I tu moja uwaga: gdybyśmy nawet chcieli zrobić taki, jak to mówią w środkach masowego przekazu, „kościelny” program in vitro, to po prostu nie jest to możliwe, bo aparatura, urządzenia są zawodne. Wystarczy, że wyłączą prąd, wystarczy, że wystąpi drobna nieprawidłowość w działaniu aparatury lub ktoś przez nieuwagę popełni jakiś drobny błąd – i wszystkie istnienia ludzkie, które sztucznie powołaliśmy do życia, po prostu zginą. A zatem nie ma możliwości wykonywania programu in vitro bez ryzyka zadania śmierci istotom ludzkim.

Traktowanie człowieka w pierwszych dniach jego istnienia

   Jak się dalej toczą wydarzenia w życiu nowego człowieka, poczętego na szklanej płytce w laboratorium? W pierwszej dobie ogląda się te istnienia ludzkie i ktoś, kto się na tym zna, mówi: „Są zapłodnienia”. W drugiej dobie, czyli po 48 godzinach od momentu połączenia komórki jajowej z plemnikiem, zarodek ludzki jest czterokomórkowy. Nastąpiły dwa podziały i są cztery komórki – komórki zarodka ludzkiego są nazwane blastomerami i taki zarodek składa się z czterech blastomerów. W trzeciej dobie, czyli po 72 godzinach, zarodek ludzki składa się z 8 komórek – z ośmiu blastomerów. I w piątej dobie to już jest blastocysta – to już bardziej zaawansowane stadium rozwoju człowieka. I w tej drugiej, trzeciej albo piątej dobie następuje wybór przeważnie dwóch najlepszych zarodków. Na jakiej podstawie? Podstawą są trzy warunki: tempo rozwoju zarodka, symetryczność komórek i ziarnistość. Wybór tych dwóch zarodków wcale nie musi być trafny i niejednokrotnie życie pokazuje, że nie był trafny...
   Co się dzieje z pozostałymi zarodkami? Mówi się o nich, że to są zarodki nadliczbowe. Ja się bardzo z tego powodu burzę, bo to są po prostu „nadliczbowi” ludzie! To są po prostu istnienia ludzkie w pierwszym stadium rozwoju, w początkowym stadium rozwoju. Żeby chociaż trochę zachować się elegancko i poprawnie etycznie, to medycyna rozrodu wymyśliła również dla zarodków kriokonserwację. Jest napisany odpowiedni program komputerowy, który steruje krokami zamrażania zarodka ludzkiego. Zamrożone istoty ludzkie mogą być przetrzymywane w temperaturze ciekłego azotu przez wiele lat, czas przechowywania generalnie nie ma znaczenia. Ma znaczenie etap zamrożenia i potem rozmrożenia. I okazuje się, że zarodek ludzki w większości przypadków nie przeżywa tych etapów zamrażania i rozmrażania... Po prostu większość zarodków ginie. To trochę tak, jakbyśmy dzisiaj musieli nagle bez przygotowania przebiec maraton – to jest zamrożenie, i drugi maraton – rozmrożenie. Proszę sobie wyobrazić, co z nami by się działo po przebiegnięciu bez uprzedniego treningu ponad 42 km. Nic dziwnego, że w kriokonserwacji zarodki ludzkie w 70 – 90% po prostu giną.
   Kiedy już są wybrane te dwa zarodki, wykonuje się tzw. embriotransfer i one trafiają do jamy macicy. Teraz kobieta wyjeżdża do domu, przyjmuje leki i po czternastu dniach wykonuje test ciążowy – albo z moczu, albo z krwi. Dzwoni do lekarza, który przeprowadzał procedurę zapłodnienia pozaustrojowego, i mówi: „Powiodło się” albo, niestety, płacze i mówi: „Nie powiodło się”. W tej drugiej sytuacji lekarz sobie przypomina o zamrożonych zarodkach. Wtedy można już nie indukować jajeczkowania, nie stymulować, nie przeprowadzać na nowo całego procesu farmakologicznego, można nie robić punkcji jajników, nie łączyć komórek jajowych z plemnikami, tylko przygotować jej organizm i w odpowiedniej fazie cyklu transferować zarodki, które uprzednio były zamrożone.
   Ale transferować można tylko żywe zarodki, tymczasem się okazuje, że pacjentka przyjeżdża na ten transfer po przygotowaniu, rozmrażamy te zarodki i dwa z nich w jednej pajetce po prostu nie żyją. Wyciąga się następną pajetkę: dwa – jeden żyje, drugi nie żyje… No i ten żywy jest podany do jamy macicy. A zamrożone były wszystkie żywe... Niestety, tak wygląda typowa praktyka programu in vitro.
   Trzeba też wiedzieć o tym, że po transferze zarodków, które uprzednio były mrożone, sukces jest minimalny w porównaniu do tego jak gdyby „świeżego” programu in vitro. Sukces rozumiany jako urodzenie całkowicie zdrowego dziecka...

Konieczność zabijania w programie in vitro

   W medycynie rozrodu boimy się dwóch powikłań, dwóch rzeczy nie dopuszczamy. To jest zespół hiperstymulacji jajników i to są ciąże mnogie. Zespół hiperstymulacji jajników jest to powikłanie, do którego dochodzi tylko wtedy, kiedy zabieg się udał i pacjentka jest w ciąży. Na tym polega nieszczęście tego zespołu. Rozwija się ciąża, już bije serduszko u dzidziusia w jamie macicy, lekarz i rodzice już to widzą w ultrasonografii, a jajniki kobiety powiększają się, dochodzi w nich do powstania torbieli, większych czy mniejszych, pojawia się płyn w jamie brzusznej, pojawia się płyn w jamach ciała – w jamie opłucnowej, w jamie osierdziowej – dochodzi do zaburzeń wieloelektrolitowych, dochodzi do niedobiałczenia organizmu kobiety, dochodzi do zaburzeń układu krzepnięcia i do zagrożenia zdrowia i życia kobiety.
   Zespół hiperstymulacji jajników może powstać przy użyciu każdego z trzech sposobów leczenia. Jeżeli lekarz naprotechnolog daje leki stymulujące jajeczkowanie, musi się liczyć z tym, że czeka go powikłanie w postaci zespołu hiperstymulacji jajników. Ale zespół ten wystąpi sto tysięcy razy częściej w programie in vitro. Dlaczego? Właśnie dlatego, że tutaj dąży się do wyhodowania nienaturalnie dużej liczby pęcherzyków jednocześnie.
   Gdyby program in vitro był wykonywany na pojedynczym pęcherzyku z jedną komórką jajową, to szanse powodzenia byłyby mniejsze niż 5%. A cena programu in vitro zostawałaby ta sama. Wobec tego dzisiaj ośrodki, kliniki programu in vitro walczą o pacjentów. A żeby walczyć o pacjentów, to muszą wypuścić w świat wynik dużo większy niż 2 lub 5%. Dzisiaj najlepsze kliniki na świecie programu in vitro w tym jednym przebiegu metody zapłodnienia pozaustrojowego osiągają wynik od 40 do 45%. Oczywiście są ośrodki, w których to prawdopodobieństwo jest poniżej 10 procent. Ale w warunkach konkurencji nikt nie może sobie pozwolić na zejście poniżej 5%. Średnia w Europie, podawana za ubiegły rok, „sukcesów” w przebiegu programu in vitro to jest ok. 28%. Żeby mieć te 28%, to trzeba uzyskać w wyniku stosowanych leków od sześciu do kilkunastu komórek jajowych. Czyli lekarz musi dać duże dawki leków powodujących hiperstymulację jajników.
   Drugim powikłaniem medycznym są ciąże mnogie. Statystycznie udowodniono, że przed wyborem tych dwóch najlepszych zarodków musimy dysponować ich liczbą od 6 do 8. Mniej niż sześć zarodków – na przykład kiedy wybieramy te dwa najlepsze zarodki spośród trzech – szansa na wynik końcowy pozytywny jest dużo, dużo mniejsza. Jeżeli natomiast liczba zarodków przekracza osiem, to wcale nie rośnie szansa na sukces. Czyli statystycznie dowiedziono, że to jest 6 – 8 zarodków.
   Podobnie statystycznie udowodniono, że do jamy macicy powinny trafić dwa zarodki. Jak trafia jeden, to szansa jest mniejsza. Jak trafiają dwa, to ta szansa jest optymalna. Jak trafiają 3 – 4 zarodki, czy też 5 zarodków trafia, to oczywiście szansa na ciążę rośnie, ale też rośnie bardzo mocno zagrożenie wystąpieniem ciąży mnogiej. I okazuje się, że pomimo transferu dwóch zarodków do ciąży mnogiej, do ciąży bliźniaczej, dochodzi w ok. 25% przypadków. Jak transfer jest dokonywany przy użyciu trzech zarodków, to ciąża bliźniacza zdarza się już z prawdopodobieństwem powyżej 35%. Oczywiście zdarzają się już wtedy ciąże trojacze.
   Dlaczego boimy się ciąż mnogich? Z prostego powodu. Pan Bóg nam umożliwił chodzenie w ciąży pojedynczej. 99,9% kobiet chodzi w ciąży pojedynczej. I tak jest w gatunku ludzkim. Ciąża bliźniacza – czy wieloracza – jest zawsze zagrożona ukończeniem przed terminem. Światło jamy macicy nie nadąża ze wzrostem w stosunku do masy dzieci, które się w tej jamie rozwijają. I te włókna mięśniowe rozciągnięte maksymalnie nie wytrzymują tego i dochodzi do poronienia albo porodu przedwczesnego – czyli do ukończenia porodu przed terminem, kiedy dzieci nie są zupełnie zdolne do życia – i następuje ich śmierć czy urodzenie po prostu nieżywych dzieci, albo też urodzenie wcześniaków. A wcześniactwo, niska masa urodzeniowa, obniżona odporność u tych istnień ludzkich, częstość infekcji, jakie zdarzają się u tych noworodków – sprawiają, że jest to najczęstsza dzisiaj przyczyna, która stanowi o śmiertelności okołoporodowej. Czyli ciąża mnoga to jest wzrost powikłań w ogóle w ciąży i wzrost śmiertelności okołoporodowej. Czyli generalnie jest to porażka medycyny rozrodu.
   I teraz proszę sobie wyobrazić, że małżeństwo siada przed doktorem po raz piąty. I mówi: „Cztery razy już tu byliśmy, podchodziliśmy do programu in vitro. Przebieg programu in vitro ani razu nie dał pozytywnego rezultatu. Jesteśmy piąty raz, ostatni; do tej pory wydaliśmy ponad 100 tys. zł, nie pracowaliśmy przy tym, wszystkie urlopy i dwa lata – wszystko kręciło się tylko i wyłącznie wokół leczenia”. Oczywiście jest płacz, są łzy, jest olbrzymia determinacja… Doktor jest ambitny, chce sprostać temu zadaniu. W wyniku całej procedury finalnie dostaje pod mikroskopem cztery zarodki. No i jest decyzja: chce zwiększyć prawdopodobieństwo doprowadzenia do ciąży. Ale wie, że grozi hiperstymulacja, wie, że grozi wystąpienie ciąży mnogiej i jakie mogą być skutki tej ciąży mnogiej… Ale małżeństwo bardzo nalega i lekarz podejmuje decyzję: „podaję cztery zarodki do jamy macicy”. Pacjentka po dwóch tygodniach dzwoni i mówi: „Jest dodatni test” – i jest największa radość, jest najszczęśliwszą istotą na kuli ziemskiej w tym momencie.
   Po dwóch tygodniach przyjeżdża, robi USG i dowiaduje się, że w jamie macicy są cztery pęcherzyki ciążowe. Cztery istnienia ludzkie zagnieździły się i się rozwijają. Przez uprzednie razy ani jeden zarodek się nie przyjął, nie zaimplantował się i nie rozwijał. A tym razem wszystkie. Ja widziałem takie zdarzenia. Bo to nie człowiek decyduje, jak to ma być. I co się dzieje dalej? Była wielka radość, a po dziesięciu tygodniach są łzy, płacz – doszło do poronienia… Wobec tego znowu wymyślono – i technicznie w medycynie jest to możliwe – usuwa się dwa pęcherzyki ciążowe poprzez uśmiercenie dwóch płodów. Jest ósmy – dziesiąty – jedenasty tydzień – uśmierca się dwa płody i ciąża jest bliźniacza, rozwija się i szanse jej donoszenia i urodzenia tych dzieci blisko terminu porodu zwielokrotniają się, nie dochodzi do powikłania w postaci poronienia po prostu czy urodzenia nieżywych dzieci. Tak zwana embrioredukcja – znowu bardzo mądre słowo, za którym stoi straszna rzeczywistość zadania śmierci człowiekowi. Oczywiście o tym głośno nikt nie mówi, ale tak się dzieje.

Problemy pokolenia stworzonego przez in vitro

   W 1978 roku, czyli 32 lata temu, doszło do porodu pierwszego dziecka, którego poczęcie nastąpiło w obrębie metody zapłodnienia pozaustrojowego. Wobec tego metoda jest bardzo młoda, do końca nie poznana. Wiele małżeństw, które korzystają z programu in vitro i którym się udaje uzyskać upragnioną ciążę, odpępnia się, zapomina o instytucji, w której byli, i nie chcą mówić o programie in vitro oraz o jego długofalowych skutkach.
   Im dłużej trwa procedura programu in vitro, tym więcej jest informacji na temat dzieci, do których poczęcia doszło w wyniku zastosowania tej metody. U tych dzieci obserwuje się zdecydowanie więcej nieprawidłowości genetycznych. Zauważono, że występuje u nich nieprawidłowy, zwolniony rozwój psychomotoryczny do drugiego – piątego roku życia. Ten ich rozwój psychomotoryczny później zaczyna się wyrównywać i one doganiają dzieci, które poczęły się w sposób naturalny. Ale nieprawidłowości genetyczne zostają. Udowodniono, że u dzieci poczętych i urodzonych w wyniku użycia metody pozaustrojowej o 30 – 40% wzrasta ryzyko wad genetycznych. I tych doniesień jest coraz więcej…

Okrutna selekcja

   Jan Paweł II zawsze stał na stanowisku, że nauka ma się rozwijać. Że ona ma się rozwijać dla dobra każdego człowieka, dla dobra nas wszystkich. Ale bardzo walczył o to, żeby ten rozwój nie kolidował z godnością i z życiem żadnego człowieka. Spróbujmy zobaczyć, jak to jest w programie in vitro.
   Życie – nie dla wszystkich dzieci. Wybór – wybieramy spośród tych 6 – 8 zarodków dwa naszym zdaniem najlepsze. „Życie za życie” – tak jest nazywana metoda programu in vitro... Walczymy o poczęcie życia kosztem śmierci innych istnień ludzkich. Mrożenie, embrioredukcja, czyli uśmiercanie tych „nadliczbowych” istnień, które rozwinęły się w jamie macicy, i diagnostyka przedimplantacyjna, która w tej chwili zdobywa salony medyczne. Okazuje się, że taki embrion ośmiokomórkowy na przykład – można mu pobrać tę jedną komórkę, rozłożyć ją na czynniki pierwsze, zobrazować, jaki jest garnitur chromosomów, jaka jest genetyka tej komórki – czyli całego zarodka, bo w każdej komórce będzie to samo – i stwierdzić: zarodek jest chory, jest wada genetyczna. Niestety, takiemu zarodkowi na pewno nie pozwoli się dalej żyć...
   Diagnostyka przedimplantacyjna to również możliwość wyboru odpowiednich cech naszego potomka. I okazuje się, że w klinikach amerykańskich od jednego procentu wszystkich małżeństw, które się tam zgłaszają i są poddawane programowi in vitro, pada zamówienie na konkretne dziecko. To dziecko musi być obarczone wadą, tak żeby nie mogło być lepszym od rodziców... Niejednokrotnie zamawia się dzieci o określonej płci, o określonym kolorze oczu, włosów itd., itd. Diagnostyka przedimplantacyjna nie służy ludzkości.
   Odwołując się jeszcze do słów Jana Pawła II, to warto zauważyć to, co on mówi: „od początku istnienia człowieka aż do naturalnej śmierci”. Dzisiaj cywilizacja dobiera się do dwóch etapów naszego życia: kiedy jesteśmy zarodkami, i wtedy, kiedy mamy już po 90 lat na przykład, nie wiemy, jak się nazywamy i gdzie jesteśmy… Jesteśmy „obciążeniem” dla ludzi nas otaczających – i niestety, eutanazja jest już bardzo blisko nas i jeszcze moment, a podobnie jak program in vitro przywędruje również do Polski, jeżeli nie dostanie solidnego oporu i powiedzenia słowa „nie” połączonego z praktycznym działaniem. Bo dorosły człowiek nie pozwoli zrobić sobie krzywdy, natomiast zarodek nie ucieka, jest pod mikroskopem, zdany na naszą łaskę, na łaskę doktora, który za to odpowiada. Tak samo staruszek. Dlatego tak ważne jest, żeby nasze społeczeństwa rozumiały to, że walcząc o życie każdego istnienia na każdym etapie rozwoju człowieka, trzeba widzieć w nim siebie i oddawać cześć dla Pana Boga, który jest stworzycielem życia na ziemi.

Leczenie a zapobieganie niepłodności

   Dużo się mówi w medycynie rozrodu na temat przyczyn niepłodności, na temat sposobów leczenia, poświęca się temu 99,9% uwagi. Natomiast zapobieganie niepłodności pomija się milczeniem – o tym się w ogóle nie mówi. Mniemam, że nie wynika to ze złej woli ludzi – lekarzy, którzy nie mówią o tym – myślę, że z braku czasu. Ale generalnie niepłodność jest takim „biznesem”, który przynosi kolosalne pieniądze, więc nie opłaca się jej zapobiegać ani jej leczyć. Po co mówić o czynnikach, które mogą przeciwdziałać tak mocno nasilającemu się zjawisku niepłodności?
   Czy odważy się dzisiaj lekarz na przykład w najbardziej oglądanym programie telewizyjnym mówić o zachowaniu cnoty czystości? Wyśmieją doktora! Zwariował – w XXI wieku mówi o zachowaniu cnoty czystości! A z moich obserwacji wynika, że rozpoczęcie wczesnego współżycia płciowego wiąże się z większą liczbą partnerów, zanim zawrzemy związek małżeński i będziemy chcieli mieć dzieci. Zarówno wczesne rozpoczęcie współżycia, jak i większa liczba partnerów sprawiają, że często zapadamy na choroby przenoszone drogą płciową. To wcale nie musi być kiła, to nie musi być rzeżączka – jest jeszcze tysiąc różnych innych drobnoustrojów, które w skrytości, prawie bezobjawowo, degradują płodność kobiety i mężczyzny. Degradują zdolność szyjki macicy do produkcji śluzu – a śluz jest takim mostem, po którym plemniki wędrują do jamy macicy i do jajowodów, jest takim mostem płodności. Jeżeli tego śluzu nie ma, plemniki nie wchodzą wyżej. Infekcje dotyczą również układu rozrodczego mężczyzny – maleje liczba plemników, słabnie ich zdolność ruchowa.
   Warto promować czystość przedmałżeńską. Właściwie lekarz powinien mówić pacjentkom, kiedy przychodzą do lekarza, mając 24 lata, że „to, że jest pani dziewicą, to jest pani wielki sukces i wielki atrybut, i to na pewno nie jest żadna ułomna cecha, tylko może być pani z tego dumna i się tym szczycić”. Ale tylko nieliczni to robią...
   Należy wyeliminować czynniki szkodliwe, przede wszystkim antykoncepcję. Idziemy do kiosku, kupujemy papierosy, na paczce jest napisane: „Palenie zabija”. Na tabletkach antykoncepcyjnych tak nie jest napisane, a przecież one nie są neutralne dla zdrowia i dla płodności. Odwrotnie: dzisiaj ginekolog bardzo często na byle jaką przypadłość pacjentki, wcale niekoniecznie proszącej o tabletki antykoncepcyjne, proponuje te tabletki. Proszę sobie wyobrazić, że przedstawiciele firm farmaceutycznych, którzy przychodzą do ginekologa, to są przedstawiciele firm produkujących tabletki antykoncepcyjne. Inni przedstawiciele nie przychodzą... 95% leków, które przepisuje ginekolog, to są tabletki antykoncepcyjne. Nie dziwmy się więc, że prawie każda wizyta kończy się wypisaniem recepty na antykoncepcję. Wszędzie się proponuje te tableteczki, nawet młodym dziewczynom, by im zaszczepić taki styl i sposób życia. Pomijam działanie rakotwórcze estrogenów. Estrogeny są potrzebne, to są nasze hormony – hormony kobiece, ale ich stosowanie z zewnątrz, niekontrolowane, długie, doprowadza do zwiększonej częstotliwości zapadalności na nowotwory piersi i na nowotwory trzonu macicy, tylko nie w wieku 25 lat, ale potem – w wieku 50 czy 60 lat, kiedy już nawet nie pamiętamy, że kiedyś się przyjmowało tabletki antykoncepcyjne... Ten fakt jest dzisiaj rzetelnie potwierdzony i znany w kręgach medycznych oraz naukowych.
   Antykoncepcja hormonalna wywołuje przedwczesne starzenie się szyjki macicy. Pacjentka starzeje się w sensie metrykalnym o rok, a jej szyjka macicy starzeje się o trzy lata. Czyli na przykład po 10 latach stosowania tabletek antykoncepcyjnych kobieta ma 30 lat, a jej szyjka macicy ma już lat 50... I jest problem z poczęciem dziecka – bo są dobre plemniki, są dobre komórki jajowe, ale nie ma mostu… Stąd wymyślono te inseminacje, stąd wymyślono program in vitro. A wystarczyłoby tylko, żeby sięgnąć do innych metod i do innych sposobów…
   Ale wszyscy wiedzą, że przemysł farmaceutyczny to jest kolosalnie dochodowy interes, w którym antykoncepcja zajmuje jedno z pierwszych miejsc. Jak z tego zrezygnować? Kilkaset czy kilka tysięcy osób na świecie zarabia na tym ogromne pieniądze, eksperymentując na innych i na pewno nie szanując ich zdrowia. Jak wobec tego można się spodziewać obiektywnych informacji, które są podawane w środkach masowego przekazu?… Wręcz w każdej babskiej gazecie są artykuły, „że trzeba żyć swobodnie”, „że trzeba być kobietą wyzwoloną”… Wyzwoloną z czego? By po 30 latach zachorować na raka piersi… Puszczanie takich informacji w eter to jest po prostu działanie zbrodnicze. Ale taki jest świat. Tak to wygląda...
   Dla zapobiegania niepłodności ważny jest również zdrowy styl życia – nie muszę chyba tego wyjaśniać. Ale ważniejsza jest zmiana modelu starań o pierwszą ciążę. Na pewno mając 20 lat, będziemy zdrowsi i bardziej płodni niż mając 35 lat. Ale mając 25 lub 30 lat, walczymy o to, żeby się wyedukować, żeby zająć jakieś stanowisko, żeby dojść do jakiegoś dobrobytu – dzisiejszego minimum materialnego: samochodu, domu itd., itd. To wszystko sprawia, że my w sposób nieświadomy wpędzamy siebie w populację ludzi, którzy cierpią z powodu niepłodności.
   No i najważniejszy czynnik – Pan Bóg, który jest dawcą życia i płodności. Bez Jego woli nie powstałby świat, nie powstaliby nasi rodzice, nie powstalibyśmy my. Bez Jego udziału nie jest możliwe poczęcie naszych dzieci. Szanujmy więc Jego zdanie w tej materii i żyjmy w jedności z Nim.

lek. med. Tadeusz Wasilewski, Białystok


źródło: Miłujcie się! 4/2010
http://www.milujciesie.org.pl/nr/rodzina/in_vitro_zycie_kosztem.html